Niby zdrowy, ale, gdzie to zdrowie?

Mamy koniec grudnia 2020, za nami już etap ostrego wzrostu zidentyfikowanej liczby zakażeń koronawirusem do formalnie ponad 32 tysiące potwierdzonych przypadków dziennie 24.11.2020. Obecne mamy małą stabilizację, z lekkimi spadkami ilości ludzi w szpitalach, ale w sumie niczego pewnego nie wiemy. Wiemy, że rząd położył łapę na statystykach – zakazał publikacji danych z regionalnych Sanepidów i teraz żaden ludek, typu maturzysta Michał Rogalski z kolesiami nie będzie nam władz kontrolować i wytykać brak „zagubionych” 22 tysięcy pozytywnych wyników testów w rządowych statystykach. Prawdopodobnie w listopadzie, przez wiele dni mieliśmy ponad 30 tysięcy zarejestrowanych zakażeń dziennie, czyli w praktyce około 150 tysięcy zakażeń dziennie, a 120 tysięcy poza statystykami: bezobjawowe lub samoizolacja bez wchodzenia w kontakty z systemem z nadzieją na przetrwanie choroby bez kontaktów z bezradnym systemem, który oferuje jedynie zwolnienie z pracy z powodu kwarantanny, o ile człowiek się jeszcze nie kwalifikuje pod intensywną terapię w szpitalu.

Obecnie wiadomo, że osoba zakażona po kilku – kilkunastu dniach od zarażenia w zasadzie nie zakaża dalej, ale czasem wcale to nie oznacza, że jest zdrowa. Co ciekawe, okazuje się, że nawet osoby w późnej i ciężkiej fazie choroby, podłączone do respiratora w zasadzie już nie mają wirusa, tylko skutki byłego zakażenia. Wyszło to przy okazji dyskusji nad sprawą, dlaczego osocze z krwi ozdrowieńców nie pomaga osobom z ciężką postacią choroby. Ciekawych odsyłam tu i się dalej nie będę wymądrzać:

https://portal.abczdrowie.pl/koronawirus-zagadka-osocza-ozdrowiencow-dlaczego-badania-daja-rozne-wyniki-wyjasniaja-prof-flisiak-i-prof-simon

Czyli niby wirusa już nie ma, a chory umiera?

Poza tym wiele osób się skarży na różne objawy po chorobie: zmęczenie, duszności, słaba wydolność fizyczna, zaburzenia trawienia, objawy neurologiczne, jak brak smaku, węchu, bezsenność, różne nerwobóle, problemy z wykonywaniem normalnych czynności życiowych, mgła umysłowa, u starszych osób szybciej postępująca demencja. Czyli niby zdrowy, ale ciągle chory? Nawet na prześwietleniach płuc po chorobie utrzymują się długo jeszcze zmiany.

Badacze w badaniach na myszach zakażonych naszym koronawirusem donosowo, czyli zwykłą droga oddechową ustalili, że koronawirus najpierw wchodzi w płuca, ale po kilku dniach płuca się oczyszczają. Po 5-6 dniach za to wirusy się koncentrowały w mózgu, gdzie było ich nawet 1000 x więcej, niż poprzednio w płucach. To wtedy zaczynało się ciężkie oddychanie, dezorientacja i słabość, zapalenie mózgu, uszkodzenia komórek nerwowych, obrzęki, krwawienia i na końcu śmierć. Chętnych po szczegóły po angielsku odsyłam tutaj.

To może wskazywać, że do ciężkiej niewydolności oddechowej dochodzi nie tylko z powodu samego zniszczenia płuc, ale z powodu porażenia nerwów sterujących mięśniami oddechowymi przez wirusa. Nie jest ustalony do końca mechanizm tego zjawiska: czy to jest uszkodzenie nerwów bezpośrednio przez wirusa, powstały stan zapalny i związane z tym uszkodzenia mechaniczne, czy blokada aktywności nerwów przez jakieś metabolity czegoś.

Naukowcy wielokrotnie zauważyli, że przy minimalnych nawet uszkodzeniach komórek mózgu, może dochodzić do zwiększenia zniszczeń poprzez destrukcyjną aktywność komórek glejowych, które zamiast chronić komórki nerwowe, to je zbijały. Tak bywa czasem przy urazach głowy, wstrząsach mózgu, udarach, itp. Samo ustanie przyczyny problemu nie zatrzymywało procesu zniszczenia – uruchomione mechanizmy dalej mogły być aktywne.

Co się okazuje, że wcale nie jesteśmy bezbronni wobec tego zjawiska. Uczeni z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Francisco stwierdzili, że garbniki z szyszek sosnowych blokują enzym PARG zabijający komórki nerwowe w przypadku wstrząsu mózgu lub niedotlenienia (udaru). Samo dostarczenie krwi do mózgu bez zablokowania tego enzymu nie powstrzymuje śmierci komórek.

Osoby studiujące problemy ludzi mających kontakt z boreliozą i sławetnymi koinfekcjami opowiadają bardzo podobne historie.

Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że po wypadku czy operacji potrzebna jest rehabilitacja, jednak nie spodziewamy się tego po zwykłej, czy nawet ciężkiej „grypie”. Trzeba przywołać prawie zapomniane słowo „rekonwalescencja”.

To w takim razie, co by trzeba było robić, by z tego zacząć wychodzić? Tu proponuję przejść do wpisów o naszej spiżarni i apteczce przeciwwirusowej. W końcu to pożywienie ma być naszym lekiem, a organizm trzeba wzmocnić, odżywić i uchronić przed następną chorobą.

W czasie poszukiwania drogi do odzyskania zdrowia warto pamiętać, by wzbogacić pożywienie o surowce dla odbudowy błon komórkowych: różnorodne białka, lipidy, czyli w praktyce różne tłuszcze i jajka, krzem oraz dużo witamin. I żadnych „cudownych” diet ograniczających, za wyjątkiem obcięcia glutenu u osób z prawdziwą celiaklią lub innymi prawdziwymi, a nie wyczytanymi nietolerancjami pokarmowymi.

Krzem jest bardzo ważny miedzy innymi dla odbudowy funkcji płuc i oskrzeli. Wspaniałym spożywczym źródłem krzemu jest nać ogórecznika – nieco zapomnianego warzywa. Dzikim zamiennikiem będą młode liście żywokostu, które są dostępne teraz, przynajmniej w okolicach Gdańska, o ile w końcu nie przyjdzie wymarzona zima (lubię zimę). Prawdą jest, że naukowcy znaleźli w roślinach tej rodziny trochę toksycznych składników – glikozydy pirolizydynowe. Ale: aby krzem, o który nam chodzi był biodostępny, to surowiec należy porządnie wygotować, przynajmniej przez 20-30 minut. Plusem procedury będzie rozkład owych glikozydów, które też rozkładają się z czasem, po wysuszeniu i poza tym sa wrażliwe na temperaturę. Można spokojnie sobie wyobrazić, że nawet zakupione w zielarni suszone ziele ogórecznika można dołożyć do zupy jarzynowej na początku gotowania. Będzie wtedy i zdrowo, i nieszkodliwie.

Miodunka plamista, zwana dawniej płucnikiem też jest tradycyjnym ziołem krzemionkowym w medycynie ludowej i oficjalnej. Jednak liście miodunki raczej nie były traktowane „gastronomicznie”, tak, jak ogórecznik lub młode liście żywokostu. Chyba warto tą mądrość tradycji uszanować i miodunkę dokładać do leczniczych mieszanek ziołowych do picia, ale nie dokładać do zup. Tak mi się wydaje.

Dlaczego nie proponuję tak popularnego zioła krzemionkowego, jakim jest skrzyp? Skrzyp też można stosować, czemu nie, on rzeczywiście ma bardzo dużo krzemu, tylko jest on słabiej dostępny dla naszego organizmu, bo trudniej jest go wydobyć ze ścianek komórek rośliny. Trzeba pamiętać o dokładnym zmieleniu surowca na pył w młynku do kawy i też o porządnym wygotowaniu. Osoby pijące dużo skrzypu powinny pamiętać o suplementacji witaminą B1, bo się wypłukuje.

Surowce krzemionkowe i dobre odżywianie trzeba stosować niezależnie od zestawu problemów po chorobie.

Ale pewnie by się przydało coś mocniejszego, co by przydało energii życiowej, prawda? Jakiś bodziec który popchnie organizm w dobrym kierunku?

I tutaj wchodzimy w obszar spraw psychosomatycznych. Wiadomo, że w naszym świecie dusza bez ciała nie żyje, a ciało bez duszy też jest martwe. Można zmierzyć ilość erytrocytów we krwi, ale jak zmierzyć poziom energii życiowej? Co trzeba, by go poprawić? Poprosić kogoś o pomoc? Szamana? Lekarza? Terapeutę? „Weź się w garść”? Coś jeszcze?

Zacznijmy od najprostszych środków materialnych, czyli odżywek witaminowo-białkowych dla sportowców. Jest ich dużo, przez internet można szybko zamówić, stosowanie jest proste, a wiele z nich rzeczywiście ma bardzo sensowny skład. Jak się przeczyta etykiety lub porozmawia z rozgarniętym sprzedawcą, to coś sensownego się wybierze. Nawet zrobienie czegoś podobnego w kuchni nie będzie skomplikowane, chociaż wcale niekoniecznie tańsze od gotowca.

Do tego, jeśli dołożymy probiotyki i domowe kiszonki, to mamy już dobry początek kuracji.

O co chodzi z tymi probiotykami i kiszonkami? Podobno 70% naszych reakcji odpornościowych oraz hormonalnych zależy od stanu błon jelit, a one zależą od stanu naszego ekosystemu w jelitach. Przypomnę, że regulacja hormonalna wpływa nam na nastrój oraz odporność na stresy. Nasz ekosystem chroni błony jelit, syntetyzuje niektóre witaminy i ułatwia wchłanianie składników odżywczych z pokarmów. Poza tym prawidłowe trawienie umożliwi nam prawidłowe wchłonięcie tych wszystkich witamin i innych odżywek. Długie kuracje, szczególnie antybiotykami, ale tez i stresy rujnują nam mikroflorę, a tego skutki mogą się ciągnąć długo. Nie darmo tradycja mówi, że wrzody w kiszkach powstają od zmartwień. W Polsce mamy duży wybór dobrych probiotyków, a poza tym mamy tradycję żywności probiotycznej, czyli kiszonek. Tutaj uwaga: nie chodzi nam o wyroby pasteryzowane lub tylko zakwaszane kwasem mlekowym, czyli na przykład szczelnie zafoliowane „kiszonki” z marketu. Witaminowo mogą być takie same, ale żywych bakterii probiotycznych w nich dużo nie będzie.

Inna grupa środków materialnych to adaptogeny, jednak o tym napiszę niedługo.

Apteczka przeciwwirusowa 2020 – przykłady

W odróżnieniu od nowoczesnych farmakologów walczących w szpitalach z ciężkimi przypadkami koronawirusowego COVID-19, nie musimy się zbytnio wysilać, by znaleźć materiał do przemyśleć, jak się nie dać epidemii lub jak się z niej wywinąć w miarę niewielkim kosztem. Wystarczy przeszukać na przykład podręczniki i publikacje dla lekarzy lub przypadkowego społeczeństwa wydawane w latach powojennych, pod czujnym okiem komunistycznej cenzury, która nie dopuszczała bredni do druku.

Kiedyś dopadłam na Allegro broszurkę: Lucjan Dobrowolski „Rośliny krzemionkowe w leczeniu gruźlicy płuc”, rok 1955. Słyszałam o niej znacznie wcześniej, ale jej nie widziałam.

Już wtedy zwracano uwagę na to, że przy długim stosowaniu antybiotyków i innych chemioterapeutyków, organizm chorego ulega wyniszczeniu nie dość, że na skutek samej choroby, ale i na skutek działań ubocznych leków. Już wtedy zauważono, że po nawet 3 miesiącach terapii prątki się uodparniają na leki. Wyniszczony organizm, mimo formalnej wrażliwości prątków na stosowany lek, nie umie „współpracować” z zastosowanym lekiem w celu unieszkodliwienia bakterii – brakowało chociażby minimalnej niezbędnej odporności, co skutkowało praktyczną opornością prątków i pogorszenie stanu zdrowia pacjenta. Dodatkowym problemem jest to, że w wyniku zmian gruźliczych, komórki i tkanki „serowaceją”, czyli tracą strukturę, błony, ukrwienie – stają się bezpostaciową pożywką dla mikrobów, do której leki nie mają dostępu.

Brzmi to trochę jak opowieści o powikłanym koronawirusowym zapaleniu płuc, prawda?

Autor broszurki swoim umierającym pacjentom z zaawansowaną, przewlekłą, odporną na wszystko gruźlicą, jako dodatek do stosowanych leków chemicznych dawał do picia mieszankę ziół:
ziele skrzypu 60g
ziele rdestu ptasiego 60g
korzeń mniszka 25g
kwiat krwawnika 45g
płatki słonecznika (te żółte) 10g

Można sobie wyobrazić dołożenie do mieszanki na przykład poziewnika, jako surowca krzemionkowego, omówionego zresztą w broszurce, ale autor chyba wybrał surowce łatwo dostępne w handlu, a może miał pod płotem pole słoneczników? Spokojnie zamiast kwiatów słonecznika, można zastosować kwiaty nagietków lub nawet tylko mniszka.

2 łyżki mieszanki zalewano 2 szklankami przegotowanej wody na noc i rano gotowano przez 10 minut pod przykryciem, ew. uzupełnić wodę. Pić 2 x dziennie po szklance na godzinę PO posiłku.

Wynik: większość pacjentów zaczęła zdrowieć. Myślę, że taka lub podobna mieszanka może się świetnie sprawdzić szczególnie przy konieczności wspomożenia regeneracji tkanki płucnej i nie tylko.

***

Obecnie to jest politycznie bardzo nieprawidłowe, aby czytać książki po rosyjsku, W Rosji naukowcy – lekarze – fitoterapeucie potrafią pisać książki dla przypadkowego społeczeństwa. Osobiście jestem fanką książek Olega Barnaułowa, formalnie lekarza farmakologa, szefa grupy fitoterapeutów w Instytucie Mózgu Człowieka Rosyjskiej Akademii Nauk w Petersburgu. To chyba jest wystarczającą gwarancją merytorycznej prawidłowości jego prac. W Rosji systematycznie ukazują się kolejne części jego „wykładów z fitoterapii” oraz „wykładów z dietoterapii”. Oleg Barnaułow jest fanem tradycyjnych medycyn i pomysłów dawnych znachorów, a szczególnie wychwala traktaty medycyny tybetańskiej, przede wszystkim ponad pięćsetletni Cżud-Szi. W Rosji wydano porządne tłumaczenia dawnych traktatów medycznych, uzupełnione naukowymi komentarzami, wyjaśniającymi pojęcia stosowane przez dawnych lekarzy, oraz próby rozszyfrowania stosowanych surowców, na ile to możliwe. Czasem przypisów na stronie jest więcej, niż głównego tekstu, ale, jeśli ktoś się wysili, to czegoś się dowie. Oleg Barnułow nie próbuje wciskać egzotycznego kitu, ale stara się łączyć dawne pomysły z nowoczesną wiedzą i opisać to ludzkim językiem dla czytelników. Wszystko to jest okraszone gawędą, narzekaniem na różne władcze a bezmyślne komitety i komisje oraz obszernymi wyjaśnieniami na temat istniejących możliwości rozwiązywania problemów pacjentów. Podstawową „wadą” jego książek są bardzo zgrubne spisy treści. Książkę trzeba przeczytać od początku do końca, nie ma, że człowiek przeczyta 2 strony z przepisem kuchennym mieszanki na jakąś chorobę i na tym się skończy.

Jedną z takich książek jest „Fitoterapia chorych na choroby płuc i oskrzeli”, która zawiera między innymi cały sążnisty rozdział o ostrych wirusowych zapaleniach płuc i oskrzeli. Na naszego koronawirusa, jak znalazł.

Proszę zwrócić uwagę na tytuł: fitoterapia chorych, a nie fitoterapia chorób. Już ten szczegół pokazuje klasę autora.

Przyklad z życia wzięty:

Chłopiec 12 lat, zaraził się w szkole z internatem, przyjechał na łykęd do domu we wsi na końcu świata (Karelia), gorączka 40oC, suchy kaszel, przy osłuchiwaniu zgrzyty w płucach. Dodatkowo mdłości i wymioty. Zastosowany antybiotyk erytromycyna nie pomógł. Ewidentnie wirusowe zapalenie płuc i oskrzeli.

Autor razem z ekipą akurat był w pobliżu, bo zbierali zioła dla swojej placówki; zorganizował z tego, co znalazł u siebie mieszankę:

liście i gałązki maliny 3 części
liście wierzby iwy 2
kora iwy 1
kwiaty wiązówki 3
liście wiązówki 2
ziele dziurawca 2
ziele uczepu 3
ziele bobrka 2
ziele rumianku bezpromieniowego 1
ziele krwawnika 1
ziele krwawnika kichawca 1
ziele bylicy pospolitej 2
kwiaty wrotyczu 1
owoce jarzębiny 4
płucnica islandzka 2
mięta łąkowa 3
liście czeremchy 1
gałązki bagna 1

4 łyżki zalać litrem zimnej wody na godzinę, potem pogotować 10min, wlać z fusami do termosu i wypić w ciągu dnia.
Dodatkowo chłopak dostawał przeciery z żurawin, miód, kompoty z malin, a zmiażdżony czosnek do inhalacji (chłopiec nie mógł już jeść czosnku).

Po 12 godzinach obfite poty, temperatura zeszła do 38oC, a w następnej dobie niżej, normalizacja w ciągu 2 dób. Suchy kaszel opanowany w ciągu doby, mokry, produktywny kaszel trwał jeszcze tydzień. 2 razy zastosowano okłady rozgrzewające z gorczycą po unormowaniu temperatury. Antybiotyków dalej nie zastosowano.

***

Na motywach tych mieszanek spokojnie można robić coś swojego, nawet, jeśli zabraknie jakiegoś składnika.

Istotnym składnikiem tutaj jest płucnica islandzka. Popatrzmy na nazwę, ona już mówi o tradycyjnym i oficjalnym zastosowaniu tego porostu. W zielarniach płucnica jest dostępna, ale w stanie dzikim formalnie u nas jest chroniona. Na żywo ją w Polsce widziałam chyba tylko w Tatrach, ale nie będę się upierać, że to jest jedyne miejsce, gdzie występuje. Rzeczywiście w Polsce chyba nie jest pospolita. Jest składnikiem wielu aptecznych syropów na kaszel, jak na przykład polski Pectosol. W zasadzie nie musimy się upierać w naszych mieszankach przy płucnicy, jeśli nie mamy skąd ją kupić, w zasadzie każdy pospolity porost zebrany w czystym miejscu spokojnie ją zastąpi do naszych celów.

Apteczka przeciwwirusowa 2020 – podstawy

Teraz trochę fizjologii.
Jak się broni organizm przed patogenami? Od tego mamy skórę i błony śluzowe pokryte śluzem, jako pierwszą linię obrony.
Najłatwiej patogena po prostu wydalić – nie wpuścić.
Drogi oddechowe są pokryte nabłonkiem, który cały czas produkuje śluz, pełen enzymów i komórek gotowych strawić i rozłożyć wszystko, co obce i wrogie, a resztki usunąć, w większości do przewodu pokarmowego.
Wszystko, co ugrzęźnie w śluzie jest usuwane przez skoordynowane ruchy migawkowe komórek nabłonka do przewodu pokarmowego, a jeśli jest coś nie tak, to mamy kaszel, czyli gwałtowne próby usunięcia wydzielin.

Śluzu może być za dużo, może być za gęsty lub może go być za mało. Suchy kaszel jest zdecydowanie gorszy, niż kaszel „mokry”, który świadczy przynajmniej o jakimś działaniu mechanizmów czyszczących w płucach i oskrzelach.

Co z tego wynika przy kompozycji mieszanek wspomagających leczenie zapaleń płuc lub oskrzeli?

Trzeba jednocześnie stosować kilka grup surowców:
a. wspomagających tworzenie prawidłowych śluzów, czyli zioła saponinowe, ale nie tylko, na przykład, tradycyjnie: podbiał, dziewanna, pierwiosnek, miodunka, wszelkie ślazy i malwy, perz
b. dezynfekujące, wydzielające szczególnie olejki z powietrzem wydychanym, na przykład szałwia, tymianek, macierzanka, oregano, anyż, pączki topoli, gałązki drzew iglastych itp
c. wspomagające procesy odtrucia i trawienia, na przykład mniszek, kocanki, rdest ptasi, nawłoć, wrzos, bylice
d. witaminowe i mineralizujące: skrzyp, poziewnik, różne owoce, pokrzywa, liście poziomek, czarnej porzeczki, pokrzywa
e. regulujące odporność i pobudzające układ hormonalny: kozłek, lukrecja, babka, traganek, tu można wrzucić klasyczne adaptogeny, ale w sieczce, nie w ekstraktach pobudzających do nie-wiadomo-czego.
f. składniki działające przeciwzapalnie, przeciwgorączkowo, napotnie czyli wierzba (kwiaty, kora, liście), lipa, maliny, brzoza, przetacznik.
g. składniki regulujące ukrwienie narządów i krzepliwość krwi, na przykład wszelkie surowce zawierające antocyjany (różne borówki, aronia, czarne winogrona, porzeczki, czerwona kapusta, kwiaty wyki), wszelkie warzywa cebulowe, głóg, kwiaty jarzębiny, przefermentowany nostrzyk żółty lub tomka wonna. Surowców kumarynowych, czyli wymienionego nostrzyka żółtego lub tomki wonnej nie wolno stosować u osób ze stentami lub innymi sztucznymi wstawkami w sercu lub naczyniach krwionośnych.

No i neuroprotektory – to jest środki chroniące stan naszego układu nerwowego

Oczywiście podział między grupami jest bardzo nieostry, wiele ziół można wpisać do kilku grup, ale z tego wynika, że raczej nie należy stosować jednego, nawet najcudowniejszego chińskiego zioła, ale to cudo wpleść w rozsądną mieszankę, doasowaną do stanu chorego. Na przykład: suchy kaszel trzeba zatrzymać (jaskółcze ziele, kopytnik), ale kaszel produktywny, czyszczący płuca należy zostawić w spokoju..

Spiżarnia przeciwwirusowa

Ktoś pomyśli, że to wariactwo, ale, po chwili namysłu to ma sens przecież. Medycyna ludowa i tradycyjna dysponują wieloma środkami spożywczymi, które wspomagają organizm i ułatwiają obronę przed zakażeniami.

Co zawsze stosowano na przeziębienia? Herbata z cytryną i z sokiem z malin, gorący rosół, chleb z miodem, czosnkiem, cebulą. Do tego fizykoterapia, czyli gorąca kąpiel, wymoczenie nóg w ciepłej wodzie z solą i bańki, a na koniec do łóżka, by się wypocić. Brzmi znajomo, prawda? Kiedyś przecież nie sprawdzano wirusom PESELa, tylko próbowano się leczyć już.

W opisach powikłań w zakażeniu wirusem przewijają się zaburzenia w krzepnięciu krwi i związane z tym zakrzepy i martwice. W wielu produktach żywnościowych mamy antocyjany – ciemnoniebieskie barwniki, które występują w wielu „czarnych” owocach oraz w czerwonej kapuście (jarmuż botanicznie to też kapusta). Nie będę się zbytnio wymądrzać, wystarczy, jeśli napiszę, że w skrócie, antocyjany stabilizują błony komórkowe, szczególnie drobnych naczyń krwionośnych, dzięki czemu poprawiają ukrwienie narządów i zapobiegają nieprawidłowemu krzepnięciu krwi. Ta właściwość antocyjanów się też bardzo może przydać przy problemach z miażdżycą i innymi problemami naczyniowymi oraz przy cukrzycy.

W spiżarce przeciwwirusowej powinny się znaleźć przetwory z czarnych porzeczek, czarnych jagód (wszelkich dzikich i uprawnych), owoców czarnego bzu i aronii, a czerwoną kapustę można kupić nawet w marketach. Antocyjany są dość odporne na wysokie temperatury, więc takie produkty po prostu należy mieć w kuchni na bieżąco, niezależnie od wieku i aktualnego stanu zdrowia, ewentualnie ograniczyć cukier. Oczywiście, istnieją reklamowane suplementy, ale po co sobie zawracać nimi głowę, jeśli można po prostu nałożyć dżem z aronii na chleb z twarogiem i to wszystko zjeść na śniadanie?

Wszyscy wiedzą, że warzywa i owoce, szczególnie surowe zawierają witaminę C, która ma mnóstwo własności, a między innymi wzmacnia organizm i stabilizuje błony komórkowe (znów to samo!). Wykonywano badania nad owocami dzikiej róży, które stanie świeżym, w październiku są wspaniałym źródłem witaminy C, później, szczególnie po przymrozkach, ilość tej witaminy się zmniejsza. Miłośnicy przetworów twierdzą, że po przymrozkach owoce dzikiej róży są słodsze, naukowcy twierdzą, że mróz rozkłada kwasy organiczne do cukrów. Tak samo działa zamrażanie owoców – ilość witaminy C się zmniejsza, czasem nawet formalnie do zera. Naukowcy twierdzą, że zamrożenie nie blokuje enzymu rozkładającego witaminę C – askorbinazy. Okazuje się, że krótka pasteryzacja daje w efekcie wartościowszy pod względem witamin wyrób, niż zamrażanie. Ale, nawet mimo formalnego braku witaminy C takie owoce nadal mają działanie takie, jakby tą witaminę C miały i jak na razie nie bardzo wiadomo dlaczego.

Wracając do spiżarni: nie ważne, czy mrożone, czy świeże, czy wekowane: przetwory z dzikich lub uprawnych (w rozsądnych warunkach) owoców i warzyw warto mieć na podorędziu i je jeść.

Co myśleć o cytrusach? Z opisów, to bomby witaminowe, w skórkach są wręcz cuda, ale, jak się pomyśli o ilości środków zabezpieczających te, co docierają do nas, to trochę się odechciewa. Osobiście radzę zachować zdrowy rozsądek – kupić, obrać i zjeść ile się chce. Muszę stwierdzić, że mnie czasem w zębach trzeszczy, jak widzę, że w knajpach sok z pomarańczy wyciskają z całych, nieobranych owoców. Mam nadzieję, że przynajmniej jednak zostały wyszorowane w ciepłej wodzie z płynem do mycia naczyń i wypłukane, by jednak sok nie został dodatkowo zakonserwowany jakimiś środkami -bójczymi ze skórki.

Kiszonki i kwaśny nabiał utrzymują nam w dobrym stanie naszą symbiotyczną florę bakteryjną w jelitach, a szczególnie w jelicie grubym. Wiem, że istnieją ludzie oskarżający mleko o znaczną część nieszczęść tego świata, ale ja jestem mlekopijna i mam poglądy mlekopijne. Mleko do picia kupuję na rynku, od rolnika, mleko ze sklepu używam najwyżej do naleśników czy innych placków. Ale nawet najbardziej zaciekli antymleczni wojownicy mogą sobie ukisić ogórki lub inne warzywa dla zdrowia.

Wracając do naszych bakterii jelitowych – one nam syntetyzują niektóre witaminy, umożliwiają wchłanianie innych, chronią kosmki jelitowe przed urazami oraz są częścią systemu regulującego nasze reakcje odpornościowe. Niektórzy naukowcy twierdzą, że 3/4 regulacji intensywności reakcji odpornościowych zależy od stanu jelit i bakterii jelitowych. Prawdopodobnie nieciekawy stan jelit jest odpowiedzialny za wiele chorób „autoagresywnych”, kiedy układ odpornościowy już zapomniał, że czas przestać walczyć i nadal walczy, mimo, że przeciwnika już dawno nie ma.

Ale, co to ma wspólnego z zakażeniami wirusowymi? Prawidłowo działający układ odpornościowy powinien przeciwnika zlokalizować, ubić go, może nawet razem z zakażoną komórką za pomocą wywołania stanu zapalnego, co spowoduje niestety straty w organiźmie nosiciela. Kiedy już nie ma z czym walczyć, bo mikroby zostały zamienione na pojedyncze aminokwasy, to układ odpornościowy powinien posprzątać i zregenerować pobojowisko i się uspokoić. Opisy epidemii grypy „hiszpanki” z lat 1918-1920, czy nowszych ptasich czy świńskich gryp zawierają historie zupełnie zdrowych, młodych osób, które nagle zachorowały i umierały. Teoretycznie, normalnie umierać powinny osoby słabe i już przedtem chore, a nie silne i zdrowe. Pojawiła się teoria „burzy cytokin”, czyli, że układ odpornościowy tak się rozochocił walką, że w ramach działań ubocznych zabił swojego właściciela. Szczególnie epidemia „hiszpanki” miała właśnie taką, nietypową statystykę demograficzną umieralności. Osobiście uważam, że w warunkach wojennych lub tuż powojennych nawet zdrowi ludzie byli bardzo osłabieni, szczególnie skoszarowane wojsko, ale jednak tamta statystyka była bardzo nienormalna, nawet, jak na wojnę.

W opisach historii osób chorych na „naszego” koronawirusa pojawia się też podejrzenie, że to zjawisko też czasem może występować. Opisywano ileś przypadków osób dość młodych, zdrowych, które jednak zachorowały na tyle ciężko, że nawet lądowały pod respiratorem.

Podsumowując: kiszone ogórki lub kwaśne mleko czy świeży twaróg powinny być normalnym składnikiem naszego pożywienia. Przy okazji ułatwią jedzenie na przykład super zdrowego czosnku czy cebuli i ułatwią ich strawienie. Osobiście uważam, że czosnek można w miarę bezkarnie i bezboleśnie jeść zagryzając świeżym twarogiem lub popijając kwaśnym mlekiem. Czosnkiem zjadanym na żywca bez zagryzienia czymkolwiek łagodzącym, na dłuższą metę można się zaprawić nie gorzej, niż fabrycznym antybiotykiem. No, chyba, że to będzie jakiś nowoczesny mutant pozbawiony „jadu”, ale chyba też i bez wielkich własności medycznych.

Czosnek i cebula mają jeszcze inną ważną cechę: upłynniają krew, bez zaburzania krzepnięcia w kontakcie z powietrzem, na przykład przy skaleczeniach. Osobom z miażdżycą, a nawet z wstawionymi stentami zaleca się spożywania czosnku i cebuli, na ile wątroba pozwoli. Myślę, że one by też pomogły uniknąć zaburzeń krzepliwości krwi w przypadku zakażenia „naszym” koronawirusem, a przy okazji pomogłyby zmniejszyć niebezpieczeństwo nadkażeń bakteryjnych.

A tak na prawdę, czy to ważne, czy wirus, czy bakteria? W warunkach domowych przecież chodzi o zdrowie, a nie o dokładną identyfikacje jakiegoś mikroba. Czosnek i cebula się zawsze przydadzą, z powodu i bez powodu.

Koronawirusy – zacznijmy od dawki teorii

Czym są wirusy, to w zasadzie nie bardzo wiadomo. Nawet nie ma zgody wśród naukowców, czy one są żywe, bo nie umieją się samodzielnie rozmnażać. Jeśli włożę kartkę papieru do kopiarki u uruchomię kopiowanie, to przecież wcale nie znaczy, że kartka ożyła, mimo, że kopii przybywa. Tak samo wirusy zmuszają komórkę, by powielała jego kopie. Więcej o wirusach każdy znajdzie w Wikipedii.

Nauka z zapałem bada, dlaczego bywamy chorzy i jakie są mechanizmy powstania choroby. Nie bardzo wychodzi odpowiedź na odwrotne pytanie: dlaczego jesteśmy zdrowi? Brak kryteriów zdrowia? Brak metodologii badań zdrowia?

Koronawirus, który nas oficjalnie straszy od początku roku 2020 został oznaczony jako SARS-CoV-2 i powoduje chorobę oznaczoną jako COVID-19. Na podobnej zasadzie określany jest wirus HIV, który powoduje chorobę AIDS.

Ten nasz koronawirus nie jest jedynym koronawirusem, z którym mieliśmy kontakt. Większość przeziębień jest spowodowanych przez koronawirusy. Jeśli my na nie reagujemy podobnie, to oznacza, że:

a. Nie nabywamy odporności na przeziębienia, tak, jak na przykład nabywamy odporność na odrę po jej przejściu. Co więcej, już naukowo ustalono, że po kilku miesiącach z krwi znikają specyficzne przeciwciała walczące z zakażeniem wirusem SARS-CoV-2. Co więcej, u wielu osób, które zbadano zaraz po wyzdrowieniu nie znaleziono przeciwciał.

b. Ponieważ nie ma odporności nabytej, to by oznaczało, że prace nad szczepionkami na naszego koronawirusa w najlepszym wypadku dadzą wynik podobny do szczepionki na grypę: skuteczność zależeć będzie od szybkości i zakresu naturalnej mutacji wirusów, czyli 10-50%.

c. Doświadczenie uczy nas, że osoby odporne nie zachorują nawet w towarzystwie zasmarkanego i kichającego otoczenia.

I tego się trzymajmy, bo to nam daje nadzieję 🙂

Na czym w ogromnym uproszczeniu polega odporność na zakażenia wirusowe?

Naukowcy w zasadzie zidentyfikowali mechanizmy zakażenia wirusami. Wirus musi przejść przez zewnętrzne bariery w organiźmie: brud, naskórek, skóra, warstwa bakterii symbiotycznych i błony śluzowe pokryte śluzem pełnym drapieżnych makrofagów gotowych rozwalić na aminokwasowe strzępy każde obce białko.

Uściślijmy: brud może chronić nas przed wniknięciem wirusa lub bakterii przez brudną, nieuszkodzoną skórę, ale brud, może być pożywką lub przechowalnią dla różnych mikrobów. Dlatego brudne ręce mogą przenosić mikroby na dotknięte powierzchnie. To może być twarz, pokarm, szczotka do zębów – każdy wie, co oznacza wyrażenie „choroby brudnych rąk”. Żadna nowa pandemia nie zwalnia z normalnego myślenia – ręce należy myć.

Wniosek: prawidłowo działające bariery zewnętrzne nas chronią przed zakażeniami.

Istniała teoria, która się chyba nie sprawdziła w życiu, że w ciepłym, wilgotnym klimacie epidemia się będzie wolniej rozprzestrzeniać, niż w chłodnym i suchym. Argumentowano to tym, że słońce zabije wirusy, a w wilgotnym klimacie błony śluzowe będą lepiej chronić drogi oddechowe, niż w suchym. Chyba już wszyscy widzą różnicę w przebiegu choroby wśród ludności Amazonii czy w Indiach, niż na przykład u nas. Możliwe, że warunki mieszkaniowe są ważniejsze, niż temperatura otoczenia.

Dopiero po przejściu barier zewnętrznych wirus może próbować wniknąć do komórki. Aby to zrobić, musi się przyczepić do odpowiedniego receptora. Normalnie, receptor jest zamkiem otwierającym przejście przez błonę komórkową lub nawet tylko wejściem sygnałowym, tak, jak dzwonek do drzwi. Normalnie receptory w błonach komórkowych są wykorzystywane między innymi przez hormony. Na przykład insulina otwiera wejście glukozie do komórki, dzięki czemu komórka ma pokarm i źródło energii. Jeśli wirus swoimi receptorami, jak kluczem do drzwi, trafi w odpowiedni receptor i otworzy sobie błonę komórki, to wniknie do jej środka, gdzie jest zabezpieczony przed układem odpornościowym nosiciela i może uruchomić powielanie swojego materiału genetycznego, często kosztem życia wykorzystanej komórki.

Ale receptory wrażliwe na wirusy można zatkać czymś innym, nieco podobnie, jak włożeniem gumy do żucia czy zapałki w zamek – klucz nie wejdzie. W zasadzie to jest podstawowy mechanizm wykorzystywany przez zioła przeciwwirusowe oraz w tym kierunku są prowadzone prace wielu firm farmaceutycznych.

Wirus, który nie wniknął do komórki może być zniszczony przez układ odpornościowy nosiciela. Normalnie wirus, który wniknął do komórki jest bezpieczny, ale nie zawsze. Prawidłowo działający układ odpornościowy może zidentyfikować zakażoną komórkę i ją zniszczyć razem z zawartością. Niestety ten mechanizm nie zawsze działa prawidłowo, mikroby wewnątrzkomórkowe (nie tylko wirusy) potrafią ukrywać fakt zakażenia komórki, często potrzebny jest czas dla aktywacji mechanizmów obrony i regeneracji, dlatego pojawiają się objawy choroby lub osoba pozornie zdrowa jednak może zakażać innych. Czasem układ odpornościowy zadziała nadgorliwie i to też może być problemem. Istnieją teorie, że część chorób autoimmunologicznych, to tak na prawdę zakażenia wirusowe. Immunolodzy jeszcze długo będą mieć zajęcie, zanim zrozumiemy wszystkie mechanizmy odpornościowe organizmu.

No i dla porządku wspomnijmy wirusy atakujące właśnie układ odpornościowy, czyli na przykład sławetny HIV, ale nie o nim dalej będzie.

Kiedy wkracza medycyna ze swoim arsenałem?

Wiadomo, że antybiotyki na wirusy nie działają, one mogą zlikwidować nadkażenia bakteryjne, ale nic więcej. Specyficznych leków na „naszego” koronawirusa w chwili pisania tego tekstu nie ma. Testowano różne substancje, które obniżają intensywność objawów choroby, ale one leczą objawowo, nie przyczynowo.

Kombinuje się leki oparte na przeciwciałach z osocza ludzi, którzy wyszli z choroby lub przetaczanie osocza takich ludzi osobom chorym. To jest chyba najbliższe leczeniu przyczynowemu, ale nadal jest oparte na czyichś mechanizmach obronnych, a nie na jakichś cudownych substancjach wymyślonych w laboratoriach i wyprodukowanych w fabryce w Chinach.

Jeśli jest źle lub bardzo źle, to wchodzi zaawansowana technika medyczna z respiratorami i tygodniami w śpiączce farmakologicznej włącznie. To nadal jest tylko podtrzymywanie funkcji organizmu w nadziei na reakcję układu odpornościowego, a nie leczenie przyczynowe.

Człowiek ciężko chory na zapalenie płuc, który wylądował pod respiratorem ma słabe szanse na przeżycie – według różnych danych ze szpitali z różnych krajów, śmiertelność przekracza 50%, dochodzi według danych z USA do 80% u osób z ciężkim przebiegiem zakażenia naszym wirusem SARS-CoV-2. Respirator to nie rurka podająca tlen pod nos, to jest skomplikowana, skomputeryzowana aparatura obsługująca chorego wprowadzonego w stan śpiączki, z całkowicie zwiotczałymi mięśniami.

Dla miłośników horrorów medycznych proponuję lekturę: https://www.hellozdrowie.pl/jak-wyglada-intubacja-i-podlaczenie-pacjenta-do-respiratora-wyjasnia-anestezjolozka-zofia-patyna-gizejowska/

Skutki uboczne samej choroby i inwazyjnych metod terapeutycznych wydają się być długotrwałe. Z powodu zaburzeń krzepliwości krwi często powstają niedotlenienia i martwice w różnych organach, na przykład w sercu, nie tylko w płucach. Zdarzały się też amputacje kończyn spowodowane zakrzepami.

Nawet w przypadku niezbyt ostrego przebiegu choroby, pomimo oficjalnie ujemnych wyników testów, długo się utrzymuje osłabienie i problemy z oddychaniem.

Pojawiły się doniesienia, że nawet u niektórych osób, które przeszły zakażenie niby bezobjawowo, jednak wykryto zmiany w płucach

Co my, zwykli ludzie, bez wykształcenia medycznego i możliwości techniki medycznej możemy zrobić dla siebie i dla rodziny?

Staramy się nie zachorować, a jeśli zachorujemy, to staramy się o łagodny przebieg choroby i wspomaganie regeneracji po przejściach.

  • Zachować zdrowy rozsądek i przestrzegać racjonalnych zaleceń: nie pchać się w tłum, a w sklepie lub autobusie zaczepić chustkę na nos, dzięki czemu komuś się humor poprawi, a jeśli stoi jakiś bryzgacz dezynfekcyjny do rąk, to z niego skorzystać itp.
  • Dbać o normalną odporność: hartować się, pamiętać o aktywności na świeżym powietrzu, zdrowo się odżywiać oraz rozsądnie korzystać z rozrywek, bo stan psychiczny bardzo wpływa na odporność organizmu.
  • Nie wierzyć politykom, chyba, że akurat się przyznają do błędów lub obiecują, że zabiorą biednym, by dać bogatym.
  • Nie wierzyć w globalne teorie spiskowe, których jest wszędzie pełno. Jeśli ktoś nie lubi Billa Gatesa, to niech sobie zainstaluje Linuksa w komputerze i go używa (da się, sama tak robię w domu i w pracy, a jestem w wieku przedemerytalnym i informatyczką nie jestem), a nie jojczy o depopulacji i lewactwie.
  • Skompletować sobie podręczną apteczkę i spiżarkę i o tym będzie dalej.

To zaczynamy 🙂

Nasza tarcza przeciwwirusowa 2020

Praktycznie od początku roku 2020 mamy epidemię koronawirusa, którego oznaczono SARS-CoV-2 (i kilka innych skrótów). Jedni twierdzą, że to nie gorsze od zwykłej grypy, drudzy straszą, że wyjątkowo szybko przechodzi w zapalenie płuc, a jeszcze inni pokazują, że ogólna śmiertelność w Polsce ostatnio jednak nie wzrosła. Ja myślę, że po prostu trzeba uważać, tak samo, jak trzeba uważać na przejściach dla pieszych, nawet, jeśli się ma zielone światło.

Bez strachu, ale rozważnie.

W 2020 Miasto Gdańsk dało dofinansowanie na 2 projekty realizowane przez Dom Sąsiedzki w Pieckach-Migowie: jeden, „Po sąsiedzku na Pieckach-Migowie”, na między innymi spacery przyrodnicze, a drugi, na kontynuację projektu utworzenia i wypełnienia treścią portalu dzielnicy Piecki-Migowo w Gdańsku. Dlatego zaczynamy w tym blogu łączyć przyjemne, czyli kontakt z przyrodą, z pożytecznym, czyli upowszechnianiem wiedzy.

Spacerki przyrodnicze pod hasłem „Nasza tarcza przeciwwirusowa” odbywają się latem co kilka-kilkanaście dni, czasem popołudniami, a czasem dłuższe wycieczki w soboty lub niedziele. Co jakiś czas są ogłaszane kolejne.

Gdzie szukać informacji o spotkaniach?

Tutaj, na tym blogu, jak go w końcu opanuję. Poza tym, na wejściach do Przychodni Morena, na stronach internetowych Domu Sąsiedzkiego Piecki-Migowo piecki-migowo-ds.pl, czasem na śmietnikach i tablicach ogłoszeniowych na terenie dzielnicy.

Postaram się, by tutaj znalazły się zapowiedzi nowych spotkań i sprawozdania z już odbytych.

Potem zacznę tutaj wpisywać sprawozdania ze spacerów, które się odbyły i wrzucać materiały dodatkowe

Wspierane przez WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

Create your website with WordPress.com
Rozpocznij